
„Giganciarze”
Kurator Piotr Schollenberger, Siedziba Towarzystwa Krajoznawczego Krajobraz, Warszawa 2026
W dniach 11-25 września 2026 roku odbyła się wystawa „Giganciarze”, na której zaprezentowałem serię linorytów powstających przez ostatnie trzy lata. Całość obraca się wokół tematów związanych ze zwierzętami, głównie kotopodobnymi.
Tworzenie tej serii rozpocząłem w momencie kończenia pracy nad doktoratem, w poszukiwaniu pozanaukowych sposobów opowiadania świata. Przerodziło się to w szerszy powrót do grafiki. Wystawa jest więc zapisem powrotu do przyjemności z tworzenia, ale też zgłębiania warsztatu technicznego, który zajmuje coraz ważniejsze miejsce w moich działaniach.
Tekst kuratorski:
1.
Socjologię uprawia każde dziecko puszczające zajączki w okna sąsiadów. Uprawia ją również każdy podglądacz, który nie może oderwać wzroku od sylwetek migających w świetle księżyca na ulicy, gdzie nie sięga światło latarni. Wspólnikiem niewiadomych sprawek jest ten, kto patrzy, choć właściwie nie powinien, jak również ta, która nie patrzy, choć powinna.
Badanie rzeczywistości może przybierać rozmaite formy: od uciążliwo-zaczepnej, w pewnych kręgach określanej mianem eksperymentu, aż po ucieczkowo-lękową, którą znawcy tematu nazywają namysłem teoretycznym. Jedna polega na tym, że rzeczywistość zaczepiamy kijem albo lusterkiem, druga — że uciekamy przed nią w głowę, gdzie, jak wiadomo, jest znacznie spokojniej.
Rozszerzenie pola badań na wszystkie żyjące stworzenia zwiększa szanse, że badanie poruszy w nas reakcje nieprzewidziane, a więc reakcje szczególnie cenne, bo niezdyscyplinowane. Typkami spod ciemnej gwiazdy, budzącymi czujność i zaciekawienie, mogą się bowiem okazać nie tylko ludzie dryfujący po powierzchni nocnej rzeczywistości. Badawcze zdziwienie mogą wzbudzać również ptaki, owady czy inne niż my ssaki. One także potrafią człowieka wytrącić z człowieczeństwa, choćby na chwilę, i zaprowadzić go w rejony, do których jego poważna, dorosła natura zwykle nie zagląda.
Pewnym problemem jest już gołąb przekraczający niewidzialną granicę strefy komfortu. Mucha, której kołowanie wokół głowy lub talerza przedłuża się poza przewidziany protokołem lotów czas, staje się problemem poważniejszym. Mysz jest już sprawą niebłahą, a szczur — wiadomo — szczur jest końcem teorii. Oto stworzenia, które najczęściej mącą spokój niezaćmionego jeszcze napięciem spojrzenia mieszkańców miasta. Wszystkie one pokazują się tam, gdzie ich być nie powinno, czyli tam, gdzie człowiek ustanowił porządek i oczekuje, że porządek ten będzie przestrzegany. Człowiek bowiem bardzo lubi granice, szczególnie te, których nie widać. Gołąb może ich nie dostrzegać. Mucha nie ma o nich pojęcia. Mysz je ignoruje. Szczur natomiast zdaje się je rozumieć aż nazbyt dobrze. I oto badacz zostaje zbadany.
A koty? Koty są natomiast zajączkami, które świat puszcza w okna naszych dusz.
2.
Nigdy nie rozumiałem dość powszechnego przesądu, zgodnie z którym każdy kot ma dziewięć żyć. A Wy? Łatwiej byłoby mi go zaakceptować, gdyby życie powiązać z myślą o przemianie. Każdy kot może przecież przemienić się po dziewięćkroć. To prawie tyle, ile prac można obejrzeć na wystawie.
Jeśli życie jest zmianą, a dziewiątka — biblijnym symbolem doskonałości, koty na przemianę są doskonale wyczulone. Czasem zaś przemiana ta może dotyczyć istot zupełnie innych niż koty. Spójrzcie na ich antagonistów: ludopodobne stwory różnych rozmiarów, budowniczych mechanizmów kociej zagłady — a może, przeciwnie, mechanizmów nowego kociego życia? Chadzają na dwóch nogach, lecz ich korpusy zdają się sztywne, a przedziurawione oczodołami głowy połączone są z nimi w jednej linii.
Podczas podróży do Włoch w roku 1790 Goethe dotarł do Wenecji. Tam, spacerując po Lido, w pobliżu cmentarza, natrafił na szkielet owcy. Zainteresował się nim. Z kośćmi, jak to z kośćmi, można wyczytać więcej, niż początkowo zapowiadały. Tak Goethe doszedł do swojej kręgowej teorii czaszki: czaszka miała być w niej zmodyfikowanymi i zrośniętymi kręgami kręgosłupa[i]. Wszystkie kręgowce — w tym kot i człowiek — są więc, twierdził Goethe, zbudowane i osadzone na jednej linii ciągnącej się od miednicy aż po czubek głowy.
Bliżej nam do ludków z obrazów Stefa niż do ludka Lego.
Kijankowate łby ciemnych typków, z którymi koty mają kosę, świadczą o całym szeregu przemian: od płazich form życia aż po rysunek i linoryt. Torem przemian jest bowiem linia. W życiu zapominamy o tym. Nasze ciało i nasz świat wydają się raczej bryłami, segmentami, kawałkami czegoś już gotowego. Tymczasem linia nie zna jeszcze końca. Idzie. Przemienia się. Skręca, urywa, zaczyna od nowa. Choć okazało się, że Goethe nie miał racji, linie na linorytach przypominają, że tworzenie polega na przemianie i adaptacji. Pijok dobrze o tym wie: doskonale wpasował się w rant stołu.
Tylko czy przemiana jest zmianą na dobre, czy na gorsze? Nad którym z wilkopodobnych kolesi wzszedł księżyc w kształcie czaszki? Nad dwunogiem czy nad czworonożcem? Kto właściwie jest dalej, a kto bliżej? I czego?
Pociąg ewolucji pędzi, lecz nie wiemy, w jakim kierunku. Nie znamy wagonu, w którym siedzimy, ani jego klasy. A pamiętajmy, że klas jest nieskończenie wiele. Być może każda następna jest tylko inną formą poprzedniej.
Koty zdają się to wiedzieć. A może po prostu nie widzą powodu, żeby się tym przejmować.
3.
Koty są zawsze po pracy: „Wszystkie koty odniosły w niej sukces.”, „Wszystkie koty to renciści i rentierzy.” – obydwa zdania są prawdziwe, choć każde z nich prowadzi w inną stronę. Ale również: wszystkie koty są zawsze w drodze do roboty albo właśnie z niej wróciły. Dajcie im więc chwilę odetchnąć!
Ponieważ każdy kot jest zawsze po pracy, jego stan posiadania pozostaje nie w pełni uregulowany. Każdy kot posiada z pewnością tyle biglu i swady, by rościć sobie wszelkie prawa do dóbr wspólnych. Każde dobro jest wspólne, a kocia wspólnota jest dobra na swój własny sposób.
„To wszystko będzie twoje” — słyszy od rodzica koci dzieciak.
Dlaczego jednak od razu od rodzica? Dobra wspólne nie wchodzą przecież w skład majątku żadnej z kocich rodzin. Obietnica to czy oszustwo? Zapowiedź czy zakłamanie? Deklaracja czy dyrdymały?
W świecie istot po pracy status stanu posiadania domaga się renegocjacji. Pod tym względem myszy znajdują się na wcześniejszym etapie rozwoju. Podobnież my, ludzie. Stan posiadania myszy określa mysia dziura i wszystko, co się w niej zmieści. Jest to własność skromna, lecz konkretna. Koty chcą to naprawić. Nie wpuszczają myszy do dziury. Sytuacja zmusza więc mysz, by zerwała z ograniczającym życie posiadaniem. Za sprawą tego wszystko będzie również kiedyś jej.
Ale przede wszystkim tym, co koty mogą dać sobie nawzajem, jak również nam, jest oddalona, nienachalna, otoczona nimbem zachodzącego słońca bliskość. Nie można jej posiadać. Nie można jej nawet porządnie zbadać. Można tylko patrzeć, kiedy kot przechodzi, i mieć nadzieję, że przez chwilę pozwoli nam być w jego pobliżu. Nigdy jej nie dotkniemy i nie weźmiemy w posiadanie. I może właśnie dlatego jest wspólna.
Koty są zawsze po pracy. My zaś – nigdy.
4.
Stefan Bieńkowski jest jaskiniowcem. Każdy dobry i uczciwy artysta nim jest: schodzi w głąb czeluści, żeby wydobyć z niej obrazy. Tworzenie obrazów jest pierwotną formą badania. Człowiek najpierw patrzy, potem rysuje. Dopiero później wymyśla, że to, co robi, nazywa się opisem teoretycznym. Każdy dobry i prawdziwy obraz oddaje nasze spojrzenie, gdyż każdy stanowi już odpowiedź na jakieś łypnięcie. Obraz robi się z nadmiaru widzenia, żeby jakoś poradzić sobie z przesytem spojrzeń.
Pierwsze obrazy ludzkości, o jakich wiemy, przedstawiały zwierzęta. Ludzie musieli czuć, że są przez nie obserwowani, i sami chcieli je poznać, zbadać, a może również obłaskawić: „nawiązywali ze zwierzętami kontakt dzięki malarstwu lub rytownictwu, aby przywrócić harmonię, zjednać sobie ich przychylność lub pozyskać cząstkę ich mocy”[ii]. Obrazy odbijały pragnienia zrodzone ze spojrzeń, kuknięć i podglądnięć. Aluzje do tej historii uważne Widzki i Widzowie mogą odnaleźć w linorytach Stefa. Zapraszam do studiowania.
Pierwotnym narzędziem zaspokojenia pragnień jest impuls mimetyczny. Artystyczne naśladowanie pozwala zbliżyć się do tego, co oddalone i niedostępne. Zapewnia bliskość bez ścisku, z zachowaniem różnicy i odrębności. Jest to dziwna bliskość.
Jak stwierdził kiedyś pewien francuski, nieco drapieżny kocur, w przypadku zwierząt fascynuje nas niedostępna relacja ze światem: „każde zwierzę jest w świecie jak woda w łonie wód”[iii]. My się nigdy tak nie rozmościmy. Zawsze gdzieś wychodzimy, dokądś zmierzamy, coś posiadamy, coś zdobywamy, a nawet jeśli nic nie robimy, robimy to z pewnym poczuciem winy.
Podziwiając tę zażyłość ze światem i zazdroszcząc jej, możemy sobie jednak pozwolić, aby raz na jakiś czas w okno naszej duszy wpuścić przebłysk tego innego, obcego sposobu istnienia. Jak wtedy, gdy kot albo kotka z łatwością, na którą nic nie możemy poradzić, ściągają na ziemię obrus całej naszej rzeczywistości wraz ze wszystkimi stojącymi na nim bambetlami. Dają szczupaka w okno, potem w chaszcze. I już ich nie ma.
Akceptacja tego stanu rzeczy oznacza, że uznajemy różnice i odrębności — tylko one pozwalają na nawiązanie prawdziwego kontaktu. Jest to zarazem wyrzeczenie się prawa własności, akt nieposiadania zwierzęcia, daleko wykraczający poza deklaratywne „zwierzę nie jest rzeczą”. „Najpiękniejszym posągiem człowieka byłby koń, kiedy już by go zrzucił”[iv] — to słowa innego, austryjackiego i nieco melancholijnego kocura.
Taka postawa stanowi alternatywę dla tyrańskich postaci zbliżeń: dla spojenia jednostek przy pomocy maszyn, marszów i innych sposobów organizowania ludzkiej masy. Właśnie dlatego koty tak bardzo boją się intruzji geometrii w życie. Geometria wprowadza bowiem za pośrednictwem przemysłowych czy cielesnych konstrukcji ścisk i anonimowość. Maszyny chcą wyrwać zwierzę ze świata. Chcą je zmierzyć, zamknąć, wykorzystać, a na koniec — być może — ulepszyć.
Tylko tworzone w jaskiniach naszych głów obrazy pozwalają zbliżyć się do zwierząt na prawach nieposiadania. Pozwalają zrealizować pragnienie bliskości, choć nigdy do końca. I może właśnie dlatego obraz jest uczciwszy od posiadania: nie udaje, że zdobył to, na co patrzy.
Dlatego warto myśleć o kotach, jak również o innych zwierzętach, jako o istotach, które zerwały się z lekcji, nie poszły do pracy albo wyszły z chałupy po papierosy i jakoś tak się zakręciło, że porwał je boczny nurt życia. Wiąże je specyficzna więź: nienachalna filiacja tych, którzy dokonali exodusu, którym udał się spisek zawiązany pod osłoną nocy.
Wszystkich giganciarzy coś łączy. Jakaś niedająca się nazwać faramuszka. Może właśnie to, że nie dają się do końca wciągnąć w nasze porządki. Nie pracują wtedy, kiedy powinni pracować. Nie mieszkają tam, gdzie powinni mieszkać. Patrzą, kiedy nie powinni patrzeć. Znikają w najmniej odpowiednim momencie.
Naszą wyobraźnię prowokuje widok bumelanctwa, ponieważ przekracza ono podziały i granice, za pomocą których porządkujemy świat. Giganciarz nie należy już całkiem do naszego świata, choć wciąż się o niego ociera. A my, przygwożdżeni ludzkim stanem posiadania, możemy ich tylko podglądać przez szparę w zasłonie: stoją milcząc w świetle białego księżyca, a ciemne jak tusz cienie odbijają się na kartkach papieru.
Patrzymy. Oni nie wiedzą, że patrzymy. Albo wiedzą aż nazbyt dobrze.
wydrapał Piotr Schollenberger
[i] J. W. Goethe, “Bedeutende Fördernis durch ein einzigges geistreiches Wort”, w: tegoż Zur Morphologie, 2.1 (1823), Sämtliche Werke nach Epochen seines Schaffens , red. Karl Richte,Carl Hanser Verlag, Munich, 1985–98, t. 12, s. 308.
[ii] J. Clottes, What is Paleolithic Art? Cave Paintings and the Dawn of Human Creativity, transl. O. Y. Martin, R. D. Martin, The University of Chicago Press, Chicago and London 2016, s. 83.
[iii] G. Bataille, Teoria religii, przeł. K. Matuszewski, KR, Warszawa 1996, s. 20.
[iv] E. Canetti, O zwierzętach, przeł. M. Przybyłowska, Pogranicze, Sejny 2023, s. 27.






